– Mogę ci przynajmniej potowarzyszyć? – spytałem siadając przy pniu jakiegoś drzewa.
– NIE! To znaczy… Jasne, jak chcesz. – Wykrzywiła swoją twarz w dziwnym uśmiechu i zaczęła dalej nucić jakąś piosenkę.
– To… Co tam słychać? – zapytałem, chcąc wreszcie przerwać tą wkurzającą ciszę.
– Nic…
– Powiesz mi dlaczego jesteś przywiązana do drzewa?
– Może, kiedy indziej…
– Rachel… – zacząłem.
– Ej, pamiętasz swoje ostatnie zadanie z zakładu, który przegrałeś? Może… zapolowałbyś dla mnie? – przerwała mi.
– Em… Jasne, to ja wrócę niedługo. – bąknąłem i truchtem udałem się przed siebie.
Zachowanie wadery było co najmniej dziwne, ale stwierdziłem, że nie będę wnikać i jeśli będzie chciała to mi powie o co chodzi.
W najbliższym czasie raczej się nie dowiem… – dodałem w myślach.
Potrząsnąłem głową na boki, żeby odpędzić natrętne domyślania, na temat problemów przyjaciółki i wszystkie czarne scenariusze, które zaprzątały dość sporą część mojej skroni.
Polowanie. Tylko na tym musiałem się skupić, żeby w jakimś stopniu pomóc Rachel.
Tak więc, po niecałej godzinie wróciłem w to samo miejsce, tylko tym razem ciągnąc za sobą młodego jelonka, kilka królików i dwa ptaki.
– Co tak długo?! – warknęła.
– Nie wiedziałem na co masz ochotę. – powiedziałem wypluwając moje ofiary z pyska. – A tak w ogóle, to jak zamierzasz to zjeść?
– Jak to jak? Normalnie.
– Jesteś przywiązana… – przypomniałem.
– Załatw mi jakąś wodę, a ja w tym czasie to zjem okej?
– Jak chcesz… – Wzruszyłem ramionami i ponownie udałem się na krótką wycieczkę.
Tym razem zawędrowałem nad niewielkie jezioro i przez dobrą chwilę zastanawiałem się w jaki sposób mam dostarczyć płyn do wadery. Było kilka(naście) nieudanych prób, ale ostatecznie woda została dotarła w odpowiednie miejsce. Co z tego, że większość wylałem i musiałem chodzić po kilka razy żeby ugasić pragnienie Rachel? W końcu się udało i tylko to się liczy.
– Co teraz zamierzasz teraz robić? – spytała po chwili.
– Dotrzymać ci towarzystwa… – bąknąłem kładąc się przy jakimś kamieniu. – Chyba, że wolisz zostać sama?
<Rachel?>
Black Parade
niedziela, 14 maja 2017
piątek, 12 maja 2017
Od Rachel do Soula.
Siedziałam sobie "spokojnie" w jaskini i czytałam książkę, by nie myśleć... całkowicie. No ale oczywiście musiał przyjść Soul. Usłyszałam jego głos koło wodospadu. Szybko wzdrygnęłam się... dość mocno. Wręcz podskoczyłam.
- Soul! - powiedziałam zbyt głośno, obracając się gwałtownie. - He, he, hee.... cześć... ta... no jasne... to... ja już idę. - powiedziałam, i szybko chciałam wyjść, przechodząc obok niego, ale zatrzymał mnie łapą.
- Dziwnie się zachowujesz. Gdzieś uciekłaś, a teraz postanawiasz wszystkich unikać. O co Ci chodzi?
- He, he, heeee.... taaaa.... no... - znowu to dziwne łaskotanie w okolicach ( ... ) - To ja idę! - krzyknęłam i szybko wyleciałam z jaskini. W pewnych momentach szaleństwo tego zjebanego kwiatka wygrywało. W końcu jakoś się tak stało, że znalazłam się poza terenami. Ej, przeklęta szybkość skrzydeł. Zleciałam na dół i przyjrzałam się świecącej, błękitnej wodzie.
Pamiętałam to miejsce, tutaj spotkałam Meg, i się wprowadziłam do watahy. Gdy tak siedziałam, z wody wyłonił się.... tak. mój duch patron.
- Władek... odczep się. - jęknęłam. - Nie teraz! Możesz kiedy indziej zatruwać mi życie?
- Ja nie nazywam się Władek. - powiedział oburzony duch i " przysiadł na ziemi."
- Widzę, że Hestia nie próżnuje. - powiedział, a jego wzrok został utkwiony w czymś za mną. Zgadywałam, że patrzył na coraz bardziej palący się kwiatek.
- Owszem. - warknęłam. - A TERAZ SIĘ WYNOŚ! - nie wiedziałam skąd u mnie taki wybuch złości, ale gdy tylko to powiedziałam, wzleciałam w powietrze. Latałam tak do rana, aż w końcu moje dziwne napaści dziwnego chichotu zaczęły mnie drażnić. Szybko poleciałam do Aleksa.
- ALEX! - wrzasnęłam. Basior popatrzył na mnie dziwnie.
- Chmm?
- Przywiązuj mnie do drzewa! - rozkazałam.
- Em... znowu jakiś zakład? Czy może zjadłaś chalugi? A może...
- PRZYWIĄZUJ! - moje uczycie dziwnej nie-kontroli przypominało trochę czarną moc, ale to... było chyba bardziej nie bezpieczne dla któregokolwiek basiora :S
***
Po 10 min byłam przywiązana na stojąco do grubego pnia drzewa ( które znajdowało się w najbardziej odludnym miejscu watahy ) cienkimi linkami, które były okropnie mocne, i hamowały moją moc. Dziękowałam za to Hefajstosowi z całego mojego ognistego serca. Aleks oddalił się, po czym już nie wrócił, ( z mego rozkazu ). Byłam taka przez 2 dni. Czy mówiłam już, że kwiatek był bliski spalenia? I że mogłam wytrzymać 2 tygodnie bez picia i jedzenia? Nie? To teraz już piszę. Zaczęło się w żółwim tempie rozjaśniać. lekka smuga pomarańczowego światła. Moja psychika czuła się... ŹLE. Gdy tak sobie stałam usłyszałam aż zbyt znajomy głos.
- Em... Rachel, czemu robisz za dzięcioła? - odwróciłam lekko głowę. Nieco dalej stał Soul, i patrzył na mnie dziwnie. ( znowu dziwne gilgotanie )
- Hejka Soul. - uśmiechnęłam się szeroko, machając lekko przywiązaną łapą.
- Emm... mam cię uwolnić? - zapytał patrząc na koniec sznura.
- NIE! - wrzasnęłam i się zaśmiałam. - Nie... to się staje nie do zniesienia.
- Em... mogę jakoś pomóc?
- Ha! Teraz, mógłbyś spełnić swoje zadanie, które ci zostawiłam, ale... - znowu gilgotanie. Zaczęłam się wkurzać, ale linki były robotą boga. No (...) !
- Ale...?
- Wolę Cię nie narażać.
- Pfff.... nie rozumiem o co Ci chodzi. Najpierw mnie przewracasz, a teraz boisz się mnie na coś narazić, a ja nawet nie wiem, co to jest!
- I nie chcesz wiedzieć. - mruknęłam. I zaczęłam sobie nucić dla uspokojenia Coming Home, co nie wiele dało
< Soul? Następne opowiadanie, wyślij do mnie. Nie pytaj czemu ( proszę wybaczyć za te przekleństwa ) >
Od Soula c.d. Rachel
Gdy Rachel mówiąc wprost uciekła za bardzo nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Z jednej strony chciałem pobiec za nią, zaś druga nakazywała mi stać w miejscu. Zresztą i tak pewnie bym jej nie dogonił… Tak więc przez dobrych kilka minut stałem jak słup soli w tym samym miejscu, co chwila spoglądając na mojego towarzysza. Dopiero, gdy Marco wyraźnie zaczął się nudzić i trącił mnie kilka razy łapą – wstałem i wzdychając głęboko postanowiłem wreszcie wydostać się z tego lasu.
Nie było to łatwe zadanie, aczkolwiek z niewielką pomocą smoka i to nam się udało.
Przez dość długi czas snuliśmy się bezczynnie po terenach naszej watahy, a na sam koniec udaliśmy się na łąkę i trochę się z nim pobawiłem. No i okazało się, że mały jednak umie latać!
W między czasie jeszcze trochę zapolowałem, posiedziałem i takie tam… Czyli jednym słowem – nuuudy.
Nie mając żadnego, lepszego zajęcia do roboty, po prostu położyłem się pod jednym z drzew i usnąłem.
~*~*~*~
Następnego dnia po obudzeniu (czyli tak koło południa), poszedłem wreszcie poszukać Rachel.
Przeszedłem przez większość naszych terenów z nosem przy ziemi, chcąc wreszcie wywęszyć zapach wadery, lecz było to na nic. Przy okazji trochę podpytałem o nią Meg, Endera i Shadowzone, ale nikt z wyżej wymienionych jej nie widział. I właśnie wtedy natknąłem się na Aleksa.
– Czego szukasz? – spytał, gdy mnie zauważył.
– Rachel. Widziałeś ją gdzieś może?
– W jaskini patrzałeś?
I właśnie w tym momencie przybiłem sobie mentalnego face palma i zrobiłem minę, którą raczej ciężko będzie jakoś określić.
– Agh! Nie pomyślałem! Dzięki Aleks! – Szybko zerwałem się do biegu, choć w sumie nawet nie wiedziałem, w którym kierunku powinienem się udać.
W sumie gdyby tak głębiej pomyśleć to Rachel nigdy nie pokazywała mi swojego „domu”.
Przekląłem cicho pod nosem i wróciłem do basiora by zdobyć potrzebne informacje.
Ponownie podziękowałem i zgodnie z jego wskazówkami obrałem tym razem odpowiednią drogę.
Był już środek nocy, a ja dopiero co dotarłem do jaskini Rach. Kilka razy pobłądziłem, zboczyłem troszkę z trasy i zgubiłem drogę, a do tego byłem strasznie zmęczony, ale to się wtedy nie liczyło – nareszcie znalazłem tę cholerną jaskinię!
Niepewnie przekroczyłem jej próg i wreszcie zobaczyłem moją „zagubioną” towarzyszkę.
– Em… Rachel? Wszystko w porządku? – spytałem.
<Rachel?>
Nie było to łatwe zadanie, aczkolwiek z niewielką pomocą smoka i to nam się udało.
Przez dość długi czas snuliśmy się bezczynnie po terenach naszej watahy, a na sam koniec udaliśmy się na łąkę i trochę się z nim pobawiłem. No i okazało się, że mały jednak umie latać!
W między czasie jeszcze trochę zapolowałem, posiedziałem i takie tam… Czyli jednym słowem – nuuudy.
Nie mając żadnego, lepszego zajęcia do roboty, po prostu położyłem się pod jednym z drzew i usnąłem.
~*~*~*~
Następnego dnia po obudzeniu (czyli tak koło południa), poszedłem wreszcie poszukać Rachel.
Przeszedłem przez większość naszych terenów z nosem przy ziemi, chcąc wreszcie wywęszyć zapach wadery, lecz było to na nic. Przy okazji trochę podpytałem o nią Meg, Endera i Shadowzone, ale nikt z wyżej wymienionych jej nie widział. I właśnie wtedy natknąłem się na Aleksa.
– Czego szukasz? – spytał, gdy mnie zauważył.
– Rachel. Widziałeś ją gdzieś może?
– W jaskini patrzałeś?
I właśnie w tym momencie przybiłem sobie mentalnego face palma i zrobiłem minę, którą raczej ciężko będzie jakoś określić.
– Agh! Nie pomyślałem! Dzięki Aleks! – Szybko zerwałem się do biegu, choć w sumie nawet nie wiedziałem, w którym kierunku powinienem się udać.
W sumie gdyby tak głębiej pomyśleć to Rachel nigdy nie pokazywała mi swojego „domu”.
Przekląłem cicho pod nosem i wróciłem do basiora by zdobyć potrzebne informacje.
Ponownie podziękowałem i zgodnie z jego wskazówkami obrałem tym razem odpowiednią drogę.
Był już środek nocy, a ja dopiero co dotarłem do jaskini Rach. Kilka razy pobłądziłem, zboczyłem troszkę z trasy i zgubiłem drogę, a do tego byłem strasznie zmęczony, ale to się wtedy nie liczyło – nareszcie znalazłem tę cholerną jaskinię!
Niepewnie przekroczyłem jej próg i wreszcie zobaczyłem moją „zagubioną” towarzyszkę.
– Em… Rachel? Wszystko w porządku? – spytałem.
<Rachel?>
czwartek, 11 maja 2017
Od Endera do Shadowzone/Rachel
Siedmiogłowy gad zaskrzeczał i ruszył w naszą stronę. Naszym jedynym ratunkiem była ucieczka. Biegliśmy, ale hydra nie miała zamiaru dać nam za wygraną. Nie miałem zamiaru się zatrzymywać, ale dziwny dźwięk za mną sprawił, że się obejrzałem. Rachel leżała na ziemi a jedna z głów potwora kierowała się prosto w jej stronę.
- Shadowzone! - Zawołałem, zatrzymując czarno-fioletową waderę.
Stanęliśmy jak wryci, przyglądając się temu dramatowi. Wiedziałem, że powinienem był pobiec i pomóc Rachel. Łapy jednak odmawiały mi posłuszeństwa, bądź co bądź nie chciałem zbyt szybko umierać. Nie wyglądało jednak na to, aby Shadowzone miała przed tym jakieś większe opory. Zaczęła biec w stronę szarej wadery. Zakląłem pod nosem i ruszyłem za nią. Nagle jednak zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Rachel zaczęła się świecić. Samica zawołała coś w niebo, potem otaczające ją światło zamieniło się w ogień. Ciężko powiedzieć co stało się potem. Ogień był wszędzie. Zajadły skrzek hydry zmienił się z czasem w pisk agonii. Gdy potworny gad w końcu padł na ziemię, ogień zgasł. Czarne ciało potwora leżało nieruchome, wyglądało na to, że to koniec. Jak się jednak okazało nie do końca. Szybko udało nam się znaleźć Rachel. Leżała na ziemi, wyglądało na to, że jest półprzytomna.
- Możesz wstać? - Zapytałem wadery.
Samica spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziała. Zrozumiałem więc, że nie. Westchnąłem i usiadłem na ziemi. Pomyślałem, że to całkiem dobry moment na chwilę odpoczynku.
- Hej Ender... - Odezwała się nagle Shadowzone. - Radziłabym ci zachować jednak trochę czujności.
Spojrzałem na samicę pytającym wzrokiem, po czym zapytałem:
- Niby dlaczego? Potwór nie żyje, chyba możemy trochę odpocząć.
Nim jednak Shadowzone zdążyła mi odpowiedzieć, kilkanaście metrów dalej spadł głaz. Odruchowo spojrzałem w górę. Okazało się, że jaskinia, w której się znaleźliśmy, zaczęła się walić.
- No pięknie. - Mruknąłem, spoglądając na wciąż leżącą Rachel. - Trzeba się stąd ewakuować.
Podszedłem do szarej samicy, chcąc ją przenieść.
- Pomogłabyś mi? - Zapytałem Shadowzone, gdyż sam nie byłem w stanie, podnieś Rachel tak, by bez problemu móc zabrać ją gdzieś dalej.
Gdy już bezpiecznie trzymałem waderę na plecach, byliśmy gotowi, by uciekać. Nie do końca wiedzieliśmy jednak gdzie biec. Rachel przez chwilę coś mruczała, ale jej słowa były na tyle niewyraźne, że nie byłem w stanie stwierdzić, o co jej chodzi. Poza tym nie mieliśmy czasu, aby zastanawiać się, co chce nam powiedzieć. Pieczara była ogromna a w polu widzenia żadnego wyjścia.
- Tam! - Zawołała Shadowzone, wskazując łapą na dziwny tunel.
Bez dalszego zastanawiania pobiegliśmy w tamtą stronę. Niemal zaraz po tym, jak znaleźliśmy się w tunelu, na ziemię spadł wielki głaz, który zablokował nam drogę powrotną.
- Świetnie. - Mruknąłem.
Poczułem, jak Rachel zaczyna się wiercić, postanowiłem więc położyć ją na ziemi. Widząc, że wadera odzyskuje powoli kontakt z rzeczywistością, powiedziałem:
- Śpiąca królewna nareszcie postanowiła się obudzić.
- Gdzie my jesteśmy? - Zapytała, rozglądając się po ciemnych ścianach.
- Nie wiadomo. - Powiedziała druga z wader.
Tunel, w którym zostaliśmy uwięzieni, zdawał się dość prosty. W zasięgu wzroku była jedynie niewielka jego część, jednak miałem wrażenie, że gdzieś w oddali tli się słabe światło.
- Zostawić was na chwilę samych. - Burknęła wyraźnie niezadowolona Rachel.
- Cóż, to nie nasza wina, że odpłynęłaś. - Odparłem.
- Oczywiście. Mogłam nie ratować wam tyłków i pozwolić temu gadowi waz zeżreć. - Warknęła samica.
- Nikt Cię do tego nie zmuszał. Zresztą, jakie to ma znaczenie? I tak cały czas robisz to, na co masz ochotę.
- No i świetnie!
- Świetnie. - Burknąłem.
Nie miałem ochoty spędzać więcej czasu w jej towarzystwie. Bez słowa ruszyłem więc tunelem, prowadzącym do nieznanego jeszcze miejsca, pozostawiając Shadowzone i Rachel za sobą.
<Shadowzone lub Rachel?>
- Shadowzone! - Zawołałem, zatrzymując czarno-fioletową waderę.
Stanęliśmy jak wryci, przyglądając się temu dramatowi. Wiedziałem, że powinienem był pobiec i pomóc Rachel. Łapy jednak odmawiały mi posłuszeństwa, bądź co bądź nie chciałem zbyt szybko umierać. Nie wyglądało jednak na to, aby Shadowzone miała przed tym jakieś większe opory. Zaczęła biec w stronę szarej wadery. Zakląłem pod nosem i ruszyłem za nią. Nagle jednak zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Rachel zaczęła się świecić. Samica zawołała coś w niebo, potem otaczające ją światło zamieniło się w ogień. Ciężko powiedzieć co stało się potem. Ogień był wszędzie. Zajadły skrzek hydry zmienił się z czasem w pisk agonii. Gdy potworny gad w końcu padł na ziemię, ogień zgasł. Czarne ciało potwora leżało nieruchome, wyglądało na to, że to koniec. Jak się jednak okazało nie do końca. Szybko udało nam się znaleźć Rachel. Leżała na ziemi, wyglądało na to, że jest półprzytomna.
- Możesz wstać? - Zapytałem wadery.
Samica spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziała. Zrozumiałem więc, że nie. Westchnąłem i usiadłem na ziemi. Pomyślałem, że to całkiem dobry moment na chwilę odpoczynku.
- Hej Ender... - Odezwała się nagle Shadowzone. - Radziłabym ci zachować jednak trochę czujności.
Spojrzałem na samicę pytającym wzrokiem, po czym zapytałem:
- Niby dlaczego? Potwór nie żyje, chyba możemy trochę odpocząć.
Nim jednak Shadowzone zdążyła mi odpowiedzieć, kilkanaście metrów dalej spadł głaz. Odruchowo spojrzałem w górę. Okazało się, że jaskinia, w której się znaleźliśmy, zaczęła się walić.
- No pięknie. - Mruknąłem, spoglądając na wciąż leżącą Rachel. - Trzeba się stąd ewakuować.
Podszedłem do szarej samicy, chcąc ją przenieść.
- Pomogłabyś mi? - Zapytałem Shadowzone, gdyż sam nie byłem w stanie, podnieś Rachel tak, by bez problemu móc zabrać ją gdzieś dalej.
Gdy już bezpiecznie trzymałem waderę na plecach, byliśmy gotowi, by uciekać. Nie do końca wiedzieliśmy jednak gdzie biec. Rachel przez chwilę coś mruczała, ale jej słowa były na tyle niewyraźne, że nie byłem w stanie stwierdzić, o co jej chodzi. Poza tym nie mieliśmy czasu, aby zastanawiać się, co chce nam powiedzieć. Pieczara była ogromna a w polu widzenia żadnego wyjścia.
- Tam! - Zawołała Shadowzone, wskazując łapą na dziwny tunel.
Bez dalszego zastanawiania pobiegliśmy w tamtą stronę. Niemal zaraz po tym, jak znaleźliśmy się w tunelu, na ziemię spadł wielki głaz, który zablokował nam drogę powrotną.
- Świetnie. - Mruknąłem.
Poczułem, jak Rachel zaczyna się wiercić, postanowiłem więc położyć ją na ziemi. Widząc, że wadera odzyskuje powoli kontakt z rzeczywistością, powiedziałem:
- Śpiąca królewna nareszcie postanowiła się obudzić.
- Gdzie my jesteśmy? - Zapytała, rozglądając się po ciemnych ścianach.
- Nie wiadomo. - Powiedziała druga z wader.
Tunel, w którym zostaliśmy uwięzieni, zdawał się dość prosty. W zasięgu wzroku była jedynie niewielka jego część, jednak miałem wrażenie, że gdzieś w oddali tli się słabe światło.
- Zostawić was na chwilę samych. - Burknęła wyraźnie niezadowolona Rachel.
- Cóż, to nie nasza wina, że odpłynęłaś. - Odparłem.
- Oczywiście. Mogłam nie ratować wam tyłków i pozwolić temu gadowi waz zeżreć. - Warknęła samica.
- Nikt Cię do tego nie zmuszał. Zresztą, jakie to ma znaczenie? I tak cały czas robisz to, na co masz ochotę.
- No i świetnie!
- Świetnie. - Burknąłem.
Nie miałem ochoty spędzać więcej czasu w jej towarzystwie. Bez słowa ruszyłem więc tunelem, prowadzącym do nieznanego jeszcze miejsca, pozostawiając Shadowzone i Rachel za sobą.
<Shadowzone lub Rachel?>
Od Shadowzone do Kogoś
Spacerowałam przez las. Do mojego nosa docierał zapach drzew i traw. Co by tu porobić? Jest jedno rozwiązanie...Udać się na samotnię! Ruszyłam natychmiast w jej kierunku. Samotnia to moje ulubione miejsce. Nikogo tam nie ma , nikt cię nie widzi , nikt cię nie słyszy... Po prostu raj dla mnie! Drzewa rosły coraz dalej od siebie i zapach się zmieniał. Po chwili stąpałam po szarej ziemi. Znalazłam się w rozpadlinie.
Te tereny znajdowały się poza watahą i tylko ja jestem jej członkiem , który zna to miejsce. Chyba... Wlazłam do rzeki. Ta płynęła bardzo wolno i spokojnie. Woda w niej była letnia. Nie lodowata jak w większości. Weszłam na drugi brzeg i otrzepałam się. Teraz moja ulubiona czynność , czyli wchodzenie na klif. Wskakiwałam na kolejne półki skalne , aż znalazłam się na szczycie. Usiadłam na samej krawędzi. Poczułam wiatr mierzwiący mi futro. Było cicho i spokojnie...
-Kra kra! Kra kra!-na mojej głowie usiadł biały kruk. Taki mój zwiadowca. Ma na imię White.
-Co tam White? Stęskniłeś się?-zapytałam. Ptak zeskoczył na mój nos. Nagle spłoszył się i odleciał. Pytanie. Czego się wystraszył? Spojrzałam na brzeg rzeki. Nad rzeką stał jakiś wilk z watahy i chyba myślał nad przejściem na drugi brzeg....
<jakiś ktosiek?>
Te tereny znajdowały się poza watahą i tylko ja jestem jej członkiem , który zna to miejsce. Chyba... Wlazłam do rzeki. Ta płynęła bardzo wolno i spokojnie. Woda w niej była letnia. Nie lodowata jak w większości. Weszłam na drugi brzeg i otrzepałam się. Teraz moja ulubiona czynność , czyli wchodzenie na klif. Wskakiwałam na kolejne półki skalne , aż znalazłam się na szczycie. Usiadłam na samej krawędzi. Poczułam wiatr mierzwiący mi futro. Było cicho i spokojnie...
-Kra kra! Kra kra!-na mojej głowie usiadł biały kruk. Taki mój zwiadowca. Ma na imię White.
-Co tam White? Stęskniłeś się?-zapytałam. Ptak zeskoczył na mój nos. Nagle spłoszył się i odleciał. Pytanie. Czego się wystraszył? Spojrzałam na brzeg rzeki. Nad rzeką stał jakiś wilk z watahy i chyba myślał nad przejściem na drugi brzeg....
<jakiś ktosiek?>
Od Rachel do Soula
Carterowi się to nie spodoba. Taki towarzysz... nowy smok... łe! Ja miałam tylko nadzieję, że się nie pozabijają. Zadanie dla mnie... nie wiem. Zaczęłam gapić się na smoka, który po pewnym czasie zajrzał mi głęboko w oczy. Pociemniało mi przed oczami i odleciałam. Byłam na siebie zła. Zemdlałam, bo gapiłam się w oczy smoka. Brawo. Byłam w... czarnej dziurze. I to dosłownie. stałam na czymś niewidzialnym a dookoła mnie roztaczała się wieeelka ciemność. Jedynym źródłem światła był mój medalion i... wilczyca. Poznałam ją. kremowo-czarno-biało-brązowe futro emanuowało ogień, mimo, że wadera sama się paliła. Oczy głęboko brązowe, w których było widać niby ogień. Młoda, ognista wadera popatrzyła na mnie z uśmiechem
- Cześć Rachel
- Witaj mamo. - warknęłam - możesz przestać napastować mnie tym kwiatkiem? Przez niego czuję się dziwnie.
- Masz się tak czuć. I będziesz się tak czuć, do puki nie spełni się to, do czego dążę. - Zrobiłam jedną, z moich nie określonych min. Wiedziałam o co jej chodzi. Te dziwne łaskotki, podniecenie... właśnie w tym momencie miałam ochotę ją walnąć. Kto wie, o tym, kto mnie stworzył? TYLKO ALEKS! No... może jeszcze Shadow, jak mi w myślach czytała, do puki blokady nie włączyłam pod tytułem ,, Zabij się"
- Super, zawsze lubiłam, jak się moja matka wtrącała się w moje życie..... " uczuciowe" tak to delikatnie nazwę.
- Jesteś jeszcze młoda, stworzyłam cię z ognia, wymagało to dużo energii i konsekwencji. Wiesz, jak się bogowie zagotowali?
- ...
- Za stworzenie Cię, spodziewałabym się następnych pokoleń.
- Fajnie. Ale... chcę już wracać. - zaczęło mi się robić nie dobrze.
- Jak chcesz. - powiedziała wadera
- Ale... co się stanie, jak kwiatek się spali? Wybuchnie? Czy...jakiś inny odpowiednik? - wadera uśmiechnęła się ciepło
- Nie chcesz wiedzieć. - po tych słowach wróciłam do rzeczywistości akurat w chwili, kiedy Soul oblał mnie wodą.
- Ej! - zaprotestowałam, szybko wstając, i otrzepując się z wody.
- Wiesz, jak długo tu leżałaś?!
- 5 min?
- 5 min?! Ha! Dobre sobie. Byłaś tutaj z jakieś 30 min.
- Eeee.... - przypomniałam sobie, co powiedziała mi Hestia. Zrobiłam jedną z moich nie określonych min.
- Rachel, dobrze się czujesz?
- Wiesz co? - zapytałam czując, że kwiatek właśnie zaczyna się bardziej palić. - Jaaa.... muszę iść. - powiedziałam i pobiegłam w stronę mojej jaskini.
- Ej! A ty gdzie?! Czekaj!
- Do następnego razu! - zawołałam i pobiegłam dalej. To... było złe.
Następny dziwny dzień. Wstałam gwałtownie waląc głową w półkę skalną. Miałam okropne sny. Carter przez cały poranek koło mnie łaził, tak samo jak ten zjebany ( przepraszam za słówko ) kwiatek, który znikał, po czym znowu się pojawiał zapalając coraz bardziej. Unikałam do popołudnia wszystkich, a szczególnie basiorów. W końcu gdy zaczęło się u mnie dziwne chichranie poszłam do Alexa. No w sumie... to za mało powiedziane, bo wyglądało to mniej więcej tak:
- ALEX! - wrzasnęłam wpadając do nory, w której właśnie przebywał mój przyjaciel. Dość DUŻEJ dziury.
- O co chodzi? - zapytał basior wychodząc z cienia.
- POMÓŻ MI BŁAGAM! - znowu krzyknęłam i zaczęłam krążyć w kółko.
- E..... a coś się stało?
- Weź mnie za kilka dni przywiąż do drzewa. Jakimiś specjalnie odpornymi linkami, i czymś, co hamuje magię, bym nie mogła się uwolnić.
- Ale...
- JESTEŚ SYNEM HEFAJSTOSA! WYMYŚL COŚ! - powiedziałam i wybiegłam z nory zostawiając mu zająca na przeproszenie za taki najazd na niego. W końcu ten dzień minął. Była noc. Ale czy to pomogło? Oczywiście, że nie! Byłam rozdarta próbując się opanować, a to zaczęło mi wychodzić z trudem... wielkim trudem.
< Soul? Wena mnie wzięła, akurat nie tam, gdzie trzeba >
- Cześć Rachel
- Witaj mamo. - warknęłam - możesz przestać napastować mnie tym kwiatkiem? Przez niego czuję się dziwnie.
- Masz się tak czuć. I będziesz się tak czuć, do puki nie spełni się to, do czego dążę. - Zrobiłam jedną, z moich nie określonych min. Wiedziałam o co jej chodzi. Te dziwne łaskotki, podniecenie... właśnie w tym momencie miałam ochotę ją walnąć. Kto wie, o tym, kto mnie stworzył? TYLKO ALEKS! No... może jeszcze Shadow, jak mi w myślach czytała, do puki blokady nie włączyłam pod tytułem ,, Zabij się"
- Super, zawsze lubiłam, jak się moja matka wtrącała się w moje życie..... " uczuciowe" tak to delikatnie nazwę.
- Jesteś jeszcze młoda, stworzyłam cię z ognia, wymagało to dużo energii i konsekwencji. Wiesz, jak się bogowie zagotowali?
- ...
- Za stworzenie Cię, spodziewałabym się następnych pokoleń.
- Fajnie. Ale... chcę już wracać. - zaczęło mi się robić nie dobrze.
- Jak chcesz. - powiedziała wadera
- Ale... co się stanie, jak kwiatek się spali? Wybuchnie? Czy...jakiś inny odpowiednik? - wadera uśmiechnęła się ciepło
- Nie chcesz wiedzieć. - po tych słowach wróciłam do rzeczywistości akurat w chwili, kiedy Soul oblał mnie wodą.
- Ej! - zaprotestowałam, szybko wstając, i otrzepując się z wody.
- Wiesz, jak długo tu leżałaś?!
- 5 min?
- 5 min?! Ha! Dobre sobie. Byłaś tutaj z jakieś 30 min.
- Eeee.... - przypomniałam sobie, co powiedziała mi Hestia. Zrobiłam jedną z moich nie określonych min.
- Rachel, dobrze się czujesz?
- Wiesz co? - zapytałam czując, że kwiatek właśnie zaczyna się bardziej palić. - Jaaa.... muszę iść. - powiedziałam i pobiegłam w stronę mojej jaskini.
- Ej! A ty gdzie?! Czekaj!
- Do następnego razu! - zawołałam i pobiegłam dalej. To... było złe.
***
Następny dziwny dzień. Wstałam gwałtownie waląc głową w półkę skalną. Miałam okropne sny. Carter przez cały poranek koło mnie łaził, tak samo jak ten zjebany ( przepraszam za słówko ) kwiatek, który znikał, po czym znowu się pojawiał zapalając coraz bardziej. Unikałam do popołudnia wszystkich, a szczególnie basiorów. W końcu gdy zaczęło się u mnie dziwne chichranie poszłam do Alexa. No w sumie... to za mało powiedziane, bo wyglądało to mniej więcej tak:
- ALEX! - wrzasnęłam wpadając do nory, w której właśnie przebywał mój przyjaciel. Dość DUŻEJ dziury.
- O co chodzi? - zapytał basior wychodząc z cienia.
- POMÓŻ MI BŁAGAM! - znowu krzyknęłam i zaczęłam krążyć w kółko.
- E..... a coś się stało?
- Weź mnie za kilka dni przywiąż do drzewa. Jakimiś specjalnie odpornymi linkami, i czymś, co hamuje magię, bym nie mogła się uwolnić.
- Ale...
- JESTEŚ SYNEM HEFAJSTOSA! WYMYŚL COŚ! - powiedziałam i wybiegłam z nory zostawiając mu zająca na przeproszenie za taki najazd na niego. W końcu ten dzień minął. Była noc. Ale czy to pomogło? Oczywiście, że nie! Byłam rozdarta próbując się opanować, a to zaczęło mi wychodzić z trudem... wielkim trudem.
< Soul? Wena mnie wzięła, akurat nie tam, gdzie trzeba >
środa, 10 maja 2017
Od Soula do Rachel
Dłuższą chwilę posiedzieliśmy na niewielkim, zniszczonym mostku patrząc na bezwładnie opadające kwiaty wiśni. Rozmawialiśmy dość długo, a gdy już zaczęły irytować nas różowe liście, które jakimś cudem cały czas lądowały na naszych grzbietach zwiedziliśmy pozostałą część naszych terenów.
Między innymi zrobiliśmy sobie mały „piknik” na łące, wspięliśmy się na jakąś niższą górę i na sam koniec udaliśmy się do nieco bardziej zarośniętej części lasu.
– Długo jeszcze będziemy tak iść? – jęknąłem przeciągle.
Już od dobrych dziesięciu minut przedzieraliśmy się przez tę „dżunglę” i szczerze miałem tego dosyć. Dosłownie co chwilę potykałem się o jakieś wystające korzenie czy wpadałem na gałęzie… No i jeszcze te komary i robaki, których wszędzie było pełno…
– Marudzisz gorzej niż jakaś wadera w ciąży. – bąknęła Rachel.
– Bardzo możliwe, aczkolwiek zaraz będziesz zbierać moje resztki z ziemi, bo te komary prędzej mnie zjedzą niż stąd wyjdziemy!
Rach w odpowiedzi tylko zgromiła mnie spojrzeniem, więc siedziałem już cicho i w myślach przeklinałem tę cholerną dżunglę.
– Tam niedaleko będzie wyjście.
– To dobrze, bo nie mam ochoty już dalej iść… – bąknąłem wyrywając tylną łapę z objęć jakichś pnączy.
– Ej, słyszysz? – spytała po chwil.
– Co takiego? – Uniosłem wyżej głowę i uważnie się przysłuchałem. – Słyszę…
Spojrzeliśmy na siebie znacząco i ruszyliśmy w stronę owych dźwięków.
Rachel odgarnęła łapą gałęzie jakiegoś krzaka, a niedaleko nas ujrzeliśmy małego smoka próbującego złapać jakąś żabę.
– Mam pomysł na zakład! – powiedziałem szeptem.
– Dajesz.
– Oswoję tego smoka. – wskazałem na niego łapą.
– Powodzenia… Nigdy ci się to nie uda… – Zaśmiała się i poszła dalej.
– Zobaczymy… – Mruknąłem i po cichu wygrzebałem się z zarośli.
Starałem się iść bezszelestnie i póki co mój plan się sprawdzał. Mały mnie nie zauważył i całą uwagę skupiał na swojej żabie. Ja w tym czasie zdążyłem zabić kilka innych, malutkich płazów i położyłem je centralnie przed sobą. Smoczek usłyszał dźwięk czegoś upadającego na ziemię i wtedy spojrzał na mnie.
– No chodź… Zobacz co mam malutki… Nic ci nie zrobię, obiecuję… – Podsunąłem mu pod nos jedzenie.
Ciężko było go nakłonić do podejścia bliżej, ale w końcu po kilkunastu minutach stanął centralnie przede mną i sięgnął po owe żaby. Zjadł je, a następnie uważnie mnie obwąchał i szturchnął mnie lekko swoim skrzydłem.
Ja uśmiechnąłem się tryumfalnie do Rachel, która cały czas ukrywała się w krzakach i wolnym krokiem podszedłem bliżej niej. Co chwilę jednak spoglądałem na mojego (chyba już mogę tak powiedzieć?) towarzysza.
– Rachel, to jest Marco. – Położyłem łapę na jego grzbiecie.
– Po co ci on?! Jest mniejszy od ciebie, do niczego się nie nadaje i pewnie będziesz musiał dla niego polować, bo sam nie potrafi! – fuknęła nieco oburzona.
– Nie wiem po co, ale wygląda całkiem fajnie i może umie latać! W ogóle to możesz wymyślić sobie jakieś zadanie bo przegrałaś! – Wróciłem wzrokiem do mojego smoka i uśmiechnąłem się do niego delikatnie.
<Rachel? Mam nadzieję, że nie jest tak nudno jak mi się wydaje... xd>
Między innymi zrobiliśmy sobie mały „piknik” na łące, wspięliśmy się na jakąś niższą górę i na sam koniec udaliśmy się do nieco bardziej zarośniętej części lasu.
– Długo jeszcze będziemy tak iść? – jęknąłem przeciągle.
Już od dobrych dziesięciu minut przedzieraliśmy się przez tę „dżunglę” i szczerze miałem tego dosyć. Dosłownie co chwilę potykałem się o jakieś wystające korzenie czy wpadałem na gałęzie… No i jeszcze te komary i robaki, których wszędzie było pełno…
– Marudzisz gorzej niż jakaś wadera w ciąży. – bąknęła Rachel.
– Bardzo możliwe, aczkolwiek zaraz będziesz zbierać moje resztki z ziemi, bo te komary prędzej mnie zjedzą niż stąd wyjdziemy!
Rach w odpowiedzi tylko zgromiła mnie spojrzeniem, więc siedziałem już cicho i w myślach przeklinałem tę cholerną dżunglę.
– Tam niedaleko będzie wyjście.
– To dobrze, bo nie mam ochoty już dalej iść… – bąknąłem wyrywając tylną łapę z objęć jakichś pnączy.
– Ej, słyszysz? – spytała po chwil.
– Co takiego? – Uniosłem wyżej głowę i uważnie się przysłuchałem. – Słyszę…
Spojrzeliśmy na siebie znacząco i ruszyliśmy w stronę owych dźwięków.
Rachel odgarnęła łapą gałęzie jakiegoś krzaka, a niedaleko nas ujrzeliśmy małego smoka próbującego złapać jakąś żabę.
– Mam pomysł na zakład! – powiedziałem szeptem.
– Dajesz.
– Oswoję tego smoka. – wskazałem na niego łapą.
– Powodzenia… Nigdy ci się to nie uda… – Zaśmiała się i poszła dalej.
– Zobaczymy… – Mruknąłem i po cichu wygrzebałem się z zarośli.
Starałem się iść bezszelestnie i póki co mój plan się sprawdzał. Mały mnie nie zauważył i całą uwagę skupiał na swojej żabie. Ja w tym czasie zdążyłem zabić kilka innych, malutkich płazów i położyłem je centralnie przed sobą. Smoczek usłyszał dźwięk czegoś upadającego na ziemię i wtedy spojrzał na mnie.
– No chodź… Zobacz co mam malutki… Nic ci nie zrobię, obiecuję… – Podsunąłem mu pod nos jedzenie.
Ciężko było go nakłonić do podejścia bliżej, ale w końcu po kilkunastu minutach stanął centralnie przede mną i sięgnął po owe żaby. Zjadł je, a następnie uważnie mnie obwąchał i szturchnął mnie lekko swoim skrzydłem.
Ja uśmiechnąłem się tryumfalnie do Rachel, która cały czas ukrywała się w krzakach i wolnym krokiem podszedłem bliżej niej. Co chwilę jednak spoglądałem na mojego (chyba już mogę tak powiedzieć?) towarzysza.
– Rachel, to jest Marco. – Położyłem łapę na jego grzbiecie.
– Po co ci on?! Jest mniejszy od ciebie, do niczego się nie nadaje i pewnie będziesz musiał dla niego polować, bo sam nie potrafi! – fuknęła nieco oburzona.
– Nie wiem po co, ale wygląda całkiem fajnie i może umie latać! W ogóle to możesz wymyślić sobie jakieś zadanie bo przegrałaś! – Wróciłem wzrokiem do mojego smoka i uśmiechnąłem się do niego delikatnie.
<Rachel? Mam nadzieję, że nie jest tak nudno jak mi się wydaje... xd>
Subskrybuj:
Posty (Atom)


